|
There are no translations available. Kobiety są uciskane, jest ich za mało w polityce, dajmy im parytetowe miejsca. Najlepiej – 30 procent, mówią publicyści, z reguły – faceci, i niektórzy politycy. Wszystko to na fali zjawiska zwanego Beza polska, czyli Jolanta Kwaśniewska na Prezydenta.
Rzeczywiście, do polityki trafia trochę mało kobiet. Te, które się realizują w tym zawodzie, to często osoby, ścigające się na siłę z mężczyznami, jak pani prof. Magdalena Środa, albo modlitewnie połączone ze światem męskiej hierarchii kościelnej, jak pani poseł Anna Sobecka. Między tymi skrajnymi przypadkami mieści się większość uprawiających zawód polityka kobiet. Dobrze, polityka może jest zdominowana przez facetów. Ale co zrobić z zawodami od dawna sfeminizowanymi? Edukacja, medycyna, sądownictwo, duże obszary administracji. Jeśli ktoś żąda parytetu, to taki numerus clausus powinien obowiązywać we wszystkich obszarach życia społecznego. Jeśli za dużo kobiet w szkolnictwie, to do pracy przyjmować należy przede wszystkim mężczyzn. To samo z lekarzami, nie mówiąc o pielęgniarkach. Dlaczego jest tak mało pielęgniarzy, sprzątaczy, ekspedientów, kucharzy, stewardów etc.? Jest tu jeszcze jeden wątek – co zrobić z transseksualistami, transwestytami i homoseksualistami? Właściwie należy ich uwzględnić także. Są w końcu mniejszością. A kiedy już o parytecie mowa – wszak wyrazie sprawiedliwości społecznej – to idźmy dalej: skoro mamy zagwarantowane miejsca dla mniejszości niemieckiej (nie mam, broń Boże, nic przeciwko polskim Niemcom i stałej liczbie miejsc w Sejmie dla ich przedstawicieli), to co z Romami? Białorusinami? Kaszubami? I tak dalej. Podejmując debatę o sytuacji kobiet, warto zastanowić się nad sposobami likwidacji czy choćby zredukowania przejawów ich dyskryminacji. Konstytucja zapewnia obywatelom równość wobec prawa bez względu na płeć. Może by więc zająć się najpierw realizacją praw już obowiązujących i ścigać naprawdę i surowo karać pracodawców, którzy płacą kobietom mniej, niż mężczyznom zatrudnionym na podobnych stanowiskach, damskich bokserów, którzy konflikty rodzinne rozwiązują pięścią, policjantów, którzy na to przymykają oko, lekarzy (i lekarki), którzy boją się przeprowadzić badania prenatalne, sędziów (niezależnie od płci), którzy zwalniają podejrzanych o przestępstwa seksualne i tak dalej, i tak dalej. A przede wszystkim – edukować, edukować, i jeszcze raz edukować. Postawy nie biorą się znikąd, powielają wzorce domowe, rodzinne, sąsiedzkie i rówieśnicze. Także – polityczne, choć politycy już zdążyli się nauczyć, że poniżanie kogoś z powodu odmiennej płci jest niewłaściwe. Śmieszku Leppera – „czy można zgwałcić prostytutkę? Hehehehe...” – dziś już nikt nie będzie miał odwagi powtórzyć. Jest też przykład odwrotny – kobiety nie chcą i potrzebują specjalnej troski, którą tak często chcą im okazać faceci. Pamiętacie minister Chłoń-Domińczak, która nie życzyła sobie specjalnego traktowania z powodu zaawansowanej ciąży? A zatem – edukacja i przykład własny, najskuteczniejsze narzędzie edukacyjne. Wreszcie – kwestia proporcji. Słyszę, że proponuje się relację 30:70. Dlaczego właśnie tyle? Czy nie może być 35 procent miejsc ma listach wyborczych i w organach samorządowych? Albo 40? Zgodnie z rozkładem demograficznym, mamy nieco więcej kobiet, niż mężczyzn. Zatem parytet powinien odzwierciedlać strukturę demograficzną i wynosić 51,7:48,3. W każdej dziedzinie. Dobrze byłoby, gdyby taki parytet dotyczył też rozumu. Byłbym spokojny o naszą umęczoną ojczyznę. To piszę ja, męska, szowinistyczna świnia. Piotr Rachtan (www.kontrateksty.pl) |